„10 w skali Beauforta”, czyli szanty i piosenki żeglarskie

„Kołysał nas zachodni wiatr,
Brzeg gdzieś za rufą został,
I nagle ktoś jak papier zbladł,
Sztorm idzie, panie bosman!”.

Słowa pierwszej zwrotki popularnej piosenki Krzysztofa Klenczona, chociaż raz w życiu, słyszał każdy z nas. Mało kto, jednak zdaje sobie sprawę, że powstała, dzięki inspiracji polskimi szantami. Czym są szanty? Jaka jest ich historia i dlaczego muzyka marynarzy zawładnęła całym światem? Najwyższy czas się dowiedzieć!

Szanta – o co chodzi?

Najprostszą definicją szanty jest po prostu piosenka żeglarska. Muzyka towarzysząca ludziom pracującym na statku, mająca za zadania motywować ich do pracy i dodać otuchy podczas pobytu na otwartym morzu.

Przez wieki, żeglarze z każdego krańca Ziemi tworzyli rytmiczne piosenki. Do dnia dzisiejszego powstało tysiące śpiewników szant, a miliony z melodii pozostało tylko w głowach ich twórców.

Szanty czy shanty?

Etymologia słowa „szanty” najprawdopodobniej odnosi się do języków angielskiego i francuskiego. „Chant” można przetłumaczyć z angielskiego jako „intonować” lub „śpiewać monotonnie”, natomiast we Francji mówi się „chantes” o akcie śpiewania.

Aktualnie w Polsce przyjmuje się, że słowo „szanta’ jest prawidłowe, ale bardzo często można się spotkać z pisownią przez „sh”. Jest to dokładne zapożyczenie z języka angielskiego, które przyjęło się w różnych krajach.

Historia muzyki morza

Naturalną rzeczą dla człowieka jest pogwizdywanie albo nucenie znanych sobie melodii przy pracy, podczas jazdy samochodem czy np. w trakcie treningu. Tak samo spontanicznie zapoczątkowano tworzenie szant.

Przypuszczalnie najstarsze żeglarskie melodie miały swoją genezę już w paleolicie, czyli około 200 000 – 1 000 000 lat temu, kiedy skonstruowano pierwsze pływające obiekty. Pierwotnie były to proste tratwy, z biegiem czasu, coraz bardziej skomplikowane czółna oraz niewielkie łódki. Im więcej ludzi mogła pomieścić konkretna łajba, tym chętniej śpiewano. Nie od dziś wiadomo, że w towarzystwie przyjemniej się nuci, a śpiew sprawował tam również funkcję nadawania rytmu wiosłowania.

Szanta, jaką znamy dzisiaj, narodziła się na przełomie XV i XVI w. Trwała wtedy epoka elżbietańska, okres rozwoju i rozkwitu żeglarstwa. Lata odkryć geograficznych i podróży, które wspominają z podziwem kolejne pokolenia. Bez wątpienia na pokładzie Ferdynanda Magellana, podczas wyprawy dookoła świata, czy w trakcie podróży korsarza Francisa Drake’a, śpiewano szanty.

Jednym z pierwszych odnalezionych zapisków, wspominającym o szantach, jest tekst autorstwa Feliksa Fabri z Ulm. Z jego zapisków dowiadujemy się, że w 1493r. płynął do Palestyny na galerze weneckiej oraz słuchał ludzi śpiewających przy pracy. Dokładnie jego słowa brzmiały: „jeden z marynarzy wyśpiewywał komendy, a pozostali odpowiadali mu w chóralnych refrenach”.

Natomiast w wieku XVIII powstała jedna z najstarszych szant o tytule: „Haul on the Bowline”, co po polsku oznacza „zaciągnąć węzeł”. Tak jak większość szant, tak i ta ma swoje korzenie w folklorze Wysp Brytyjskich. Rytm i melodyjność przypominają pieśni ludowe Irlandczyków, Szkotów czy Anglików, ale także nawiązują do muzyki Bretanii oraz Flandrii.

Prawdziwy moment rozkwitu pieśni żeglarskich przypada na wiek XIX. Właśnie wtedy żegluga morska nabrała rozpędu. Przemysł budowy okrętów był w pełni. Rozwijał się handel, transport bawełny i herbaty nabierał na intensywności. Skonstruowano szybkie „packet ships”, czyli statki pocztowe, a także jeszcze szybsze klipry. Dodatkowo do rozwoju transportu morskiego i żeglarskich pieśni przyczyniły się tzw. gorączka złota, podejmowane próby żeglugi wokół przylądka Horn oraz irlandzka emigracja.

Szantymen na wagę złota

Aby powstała dobra, wpadająca w ucho i dodająca energii szanta, potrzebny był utalentowany szantymen. Mężczyzna uprawiający ten zawód musiał być kreatywny i zdecydowany. Poczucie rytmu, aby nadać pracy odpowiednie tempo, donośny głos, w celu przekrzyczenia fal rozbijających się o burtę, stanowiły niezbędne atuty szantymena. Doceniało się także śpiewaków o umiejętnościach związanych z grą na instrumencie. Banjo, kobza czy mandolina świetnie urozmaicały szanty. Nie każda załoga miała takie szczęście posiadania na pokładzie profesjonalnych instrumentów muzycznych. Ale jak to się mówi: Dla chcącego nic trudnego!. Dlatego wykorzystywano wszystko, co wpadło im w ręce. Od gwoździ po zastawę stołową albo focze kości.

Bez dobrego szantymena praca na statku szła znacznie mozolniej. Dlatego nawet różne wachty na statkach wypożyczały sobie śpiewającego mężczyznę. Były czasy, kiedy szantymeni wzbudzali tak duży szacunek, to nie dość, że nie pracował tak ciężko jak reszta jego kompanów, to dostawał większe wynagrodzenie. Ale taki stan rzeczy nie trwał długo. W momencie, gdy statki zaczęły się rozrastać, a ilość członków załogi uległa zmniejszeniu, szantymen musiał przejąć regularne marynarskie obowiązki i dodatkowo gawędzić i śpiewać.

Gdzie szantymeni szukali inspiracji?

Przede wszystkim wzorowali się na przyśpiewkach, które dobrze znali jeszcze z życia na stałym lądzie. Wiejskie, folklorystyczne pieśni, piosenki drwali albo flisackie nuty nie raz używano jako bazy pod szantę. Trzeba zaznaczyć, iż przeciętny mężczyzna pracujący na statku wywodził się z biednych terenów wiejskich ówczesnej Europy. Życie na lądzie nie było usłane różami, a głowy rodzin czuły odpowiedzialność za byt swoich najbliższych. Zaciągnięcie się na statek gwarantowało im pewny pieniądz, więc z tego korzystali. W momencie, gdy nastąpił rozwój marynarki wojennej, a bitwy morskie stały się częstą procedurą, chłopi zaczęli być ofiarami tzw. branek. Łapacze królewscy upajali mężczyzn alkoholem albo stosowali inne podstępy, aby zwabić nieświadomych konsekwencji, prostych ludzi na statek wojenny. Stamtąd już nie było drogi ucieczki, nie można było spoglądać wstecz, a więc pozostawał tylko śpiew.

Rodzaje szant – co śpiewano na morzu?

Szanty, jako że klasycznie były piosenkami śpiewanymi przy pracy, musiały się różnić w zależności od wykonywanej czynności. Każda praca była specyficzna i wymagała dostosowania tempa, rytmów i akcentów. Z tego powodu nastąpił podział szant na kilka kategorii. Wyróżniamy szanty fałowe, kabestanowe, kotwiczne oraz pompowe.

Szanty fałowe i szotowe wykorzystywane były przy pracy z żaglami. Należały do jednych z najczęściej wykonywanych przyśpiewek z prozaicznego powodu. Po prostu praca na żaglowcach opierała się przede wszystkim na czynnościach związanych z żaglami. Panował konkretny podział: kiedy marynarze chórem odśpiewywali fragment szanty – wybierali liny, a gdy szantymen śpiewał swoją solówkę – odpoczywali. Ważnym czynnikiem była wielkość i masa żagla. Śpiewak musiał tak dobrać piosenkę, aby nadać pracy w miarę komfortowy rytm i dać marynarzom czas na oddech. Komenda obłożenia liny oznaczała koniec szanty.

Wyrywanie kotwicy z dna zawsze równało się z nieludzkim wysiłkiem. Trudny był nie tylko sam akt wyrwania kotwy, ale cały manewr statku. W tych ciężkich chwilach towarzyszyły załodze energiczne szanty kabestanowe. Natomiast, jak sama nazwa podpowiada, szanty pompowe odciągały myśli marynarzy od mozołu pracy czy pompach.

Dobrze dobrana przyśpiewka nie tylko motywowała, ale także dawała praktyczne wskazówki. Ilość zwrotek, długość wersów pomagały określić czas trwania czynności, a co za tym idzie, np. długość potrzebnych lin lub innych parametrów technicznych danego statku. Jedna szanta mogła nieznacznie się różnić na poszczególnych obiektach, właśnie poprzez wzgląd na parametry danego statku oraz preferencje załogi. Szanty słynęły też z niecenzuralnego języka. Niektórzy określali je nawet mianem sprośnych pieśni, z powodu opisów marynarskich przygód z kobietami.

Na statkach nie śpiewano jednak tylko szant. Bywały momenty wolne od pracy, a wtedy nucono piosenki, aby oderwać się od rzeczywistości, powspominać rodzinne strony, rozmyślać o kobietach. Taką muzykę określa się mianem pieśni kubryku. Nazwa pochodzi od słowa „kubryk”, czyli pomieszczenia wspólnego, mieszkalnego załogi. Czasami pieśni kubryku zaliczane są także do szant, ale jest to kwestia drażliwa dla tradycjonalistów. Ich zdaniem pieśni te, mają całkowicie odwrotny charakter w porównaniu do szant i nie można ich zaliczać do tej samej kategorii.

Szanty a Polska

Marek Siurawski w swojej książce „Szanty i szantymeni” mówił, że „W Polsce – w kraju, gdzie przez długie wieki nie dbał Polak o morze – klasyczna szanta przebijała się powoli”. I to prawda. Polska nie ma wielowiekowej tradycji żeglarskiej. Za czasów I Rzeczypospolitej zarówno flota wojenna jak i handlowa była niewielka. Przypuszczalnie Polacy również śpiewali przebywając na morzu, ale nie odnaleziono dowodów na istnienie oryginalnych polskich szant z tamtego okresu, ani na działanie szantymenów w sensie zawodowym. Odczuwało się wtedy znacznie mocniejszą więź mieszkańców Polski z rzekami niż z morzem. Dominowały piosenki flisackie m.in. „Oj żeglujże, żeglarzu”.

Dopiero w latach 70. i 80. XX w. nastąpił prawdziwy rozkwit polskich tradycji oraz pieśni morskich. Właśnie wtedy po raz pierwszy w języku polskim pojawiło się słowo „szanta”. W 1975r. Jerzy Wadowski użył pioniersko tego określenia w artykule do czasopisma „Morze”, a kilka miesięcy później Halina Stefanowska zrobiła to samo w swojej książce o tytule „Rozśpiewane morze”.

Początkowo, w latach 70. XX w., nie miały miejsca żadne festiwale koncentrujące się na muzyce morza, ale zaczęto łączyć szanty z muzyka turystyczną. Dzięki temu, piosenki żeglarskie zagościły na Ogólnopolskim Turystycznym Przeglądzie Piosenki Studenckiej „Bazuna” w Gdańsku oraz na festiwalu YAPA w Łodzi.

Śpiewajmy szanty!

Aktualnie imprezy z szantami, jako tematem przewodnim, na stałe zagościły do programów festiwali na terenie całego kraju i przyciągają rzesze szantomaniaków. Nie sposób nie wspomnieć o Ogólnopolskich Spotkaniach z Piosenką Żeglarską, czyli w skrócie o festiwalu szantowym Rafa. Impreza, organizowana cyklicznie w Radomiu od 1982r. aż dnia dzisiejszego, niezmiennie cieszy się popularnością wśród miłośników szant i muzyki turystycznej. Co więcej, „Shanties” to Międzynarodowy Festiwal Piosenki Żeglarskiej obejmujący swoją sławą nie tylko tereny Polski, ale i najdalsze zakątki globu. Od 1981r. po czasy obecne, co roku organizatorzy zapraszają do wspólnej zabawy przy szantach do klimatycznego miasta Krakowa.

Na szanty można natknąć się dosłownie wszędzie. Nad morzem, nad jeziorami, a nawet w miejskich klubach. Kolonie dziecięce coraz częściej w swych programach oferują naukę śpiewania szant. Szukajmy tych wyjątkowych miejsc i kontynuujmy tradycję śpiewania szant, jak najdłużej to możliwe.

4 komentarze

  • Marta pisze:

    Doceniam chęć niesienia kaganka oświaty i szerzenia wiedzy o kulturze żeglarskiej ale niestety sporo jest nieścisłości w artykule.
    Stwierdzenie „ Najprostszą definicją szanty jest po prostu piosenka żeglarska.” jest z gruntu niewłaściwe. Z powodu takich uogólnień nazywana jest szantą np. piosenka pt. Biała sukienka, która z szantą ma tylko tyle wspólnego, że wykonują ja zespoły tzw żeglarskie. Szanty to pieśni pracy uprawiane na żaglowcach i miały swoje konkretne zadanie. Kolejne „Banjo, kobza czy mandolina świetnie urozmaicały szanty. Gdyby autor poszperał trochę przekonałby się, że kobza to instrument popularny na Ukrainie, w Mołdawii, Rumunii, Węgrzech. Autor zapewne miał na myśli dudy.
    Takich kwiatków znalazłoby się jeszcze kilka.
    Bardzo się cieszę, że powstała ta strona ale zalecam więcej uważności, w końcu chodzi o to żeby krzewić i rozpowszechniać prawdziwą, zgodną z faktami kulturę ludzi morza, prawda?
    No i stawiania festiwalu Rafa przed krakowskimi Shanties to faux pas 🙂

    • Kocham Szanty pisze:

      Ahoj Żeglarko! 🙂
      Na samym początku dziękujemy za słowa otuchy odnośnie startu naszej strony #KochamSzanty 🙂

      Określenie, że „szanta to po prostu piosenka żeglarska” miało za zadanie uprościć przekaz, a dokładne wytłumaczenie i konkretne zadania, jakie spełniały dane typy szant, są zawarte w artykule. Oczywiście to prawda, że kobza pochodzi z terenów Ukrainy, Węgrzech, Mołdawii i Rumunii. Natomiast szanta to muzyka prostych ludzi, inspirowana muzyką regionalną, a szantymeni korzystali z takich instrumentów, jakie były pod ręką. W zależności od pochodzenia załogi mogła to być zarówno kobza jak i dudy. Nie czujemy także, żeby festiwal „Shanties” był w jakiś sposób pominięty, nie mieliśmy na celu umniejszać wagi żadnego z tych wydarzeń 🙂
      Pomimo tego, dziękujemy za cenne uwagi, następnym razem będziemy dbali o lepszy dobór słów.

  • Marta pisze:

    Ahoj, hmm ciekawe ilu Węgrów i Ukraińców wtedy żeglowało, idąc tym tropem mogłaby być też trombita, żart :), chociaż łatwiej by było zabrać flażolet albo koncertinę, dzięki za odpowiedź, nie spodziewałam się, pozdrawiam i powodzenia 🙂

    • Kocham Szanty pisze:

      Ahoj! 🙂
      W sumie, idąc tym tropem, można było zabrać wszystko… co było podręczne 😉 I kto wie, czy jakiś szantymen się nie pokusił o taki ,,przemyt” ? 😉
      Pozdrawiamy Cię serdecznie! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nie odnaleziono wydarzeń!
Skip to content